czwartek, 28 stycznia 2010

AVATAR - Recenzja w Trzech Zdaniach™

moi drodzy.


aby ułatwić sobie życie, wymyśliłem nową formę oceniania filmów/albumów/książek etc... Recenzje w Trzech Zdaniach™. oznacza to mniej więcej tyle, że o danym dziele powiedziano już tyle, że nie ma sensu się nad tym rozwijać - lub zwyczajnie nie ma o czym mówić - więc swoją opinię na jego temat wrzucam w równo trzy (możecie liczyć) zdania, starając się w nich dać wam jak najwięcej informacji i wskazówek na jego temat, a jednocześnie pozostając zwięzłym. no i oczywiście, na koniec standardowa ocena w skali dziesięciopunktowej.

a zaczynamy od filmu Avatar. zaiste, powiedziano o tym filmie już za dużo.


efekty specjalne, rzeczywiście, GENIALNE I WTŁACZAJĄCE W FOTEL, ale scenariusz jest wtórny, nieciekawy i przewidywalny, przez co film, jakże głęboki wizualnie, jest płaski w wymowie. panie Cameron, klisze i banały powinny być dodatkowymi smaczkami dla bystrych oczu (pisałem pewien czas temu o tym, jak Gilliamowi to się udało), a nie kluczowymi elementami fabuły! nie zapominajmy też o kompletnym braku pomysłu na rozwiązanie problemów bohaterów filmu - deus ex machina obecne w jednej z najważniejszych scen Avatara wprawiło mnie tylko i wyłącznie w zażenowanie.


ocena końcowa: 5.9/10

 

niedziela, 24 stycznia 2010

o wy kurwiszony pierdolone

Angelina i Brad się rozstają. złamali mi serce.

ale to co boli mnie bardziej to to, że ten news bryluje na głównej stronie Gazety.

a kiedyś uważałem, że to poważny portal.

wtorek, 19 stycznia 2010

korespondencja z xx

(...) planując wyjazd do stolicy, planujesz zagładę. to miejsce nie znające ni boga, ni litości. smród i brud to typowe rzeczowniki opisujące warszawę, więc na wstępie mojego przewodnika od razu powiem - wycofaj się. uciekaj póki możesz. są inne miejsca. lądek, lądek zdrój.

eins. ekwipunek

1. maseczka
pamiętasz jak w japonii czy w innych indochinach srali po majtach że SARS? no. to takie maseczki nosili na japskach, to kup sobie jak możesz, zajebiście przydatna rzecz.

2. odzież ochronna
jw, skoro maseczka to i kombinezon się nada.

3. mapa
bo się zgubisz w tym jebanym ciemnogrodzie.

4. pistolet
bo nie wiadomo kogo spotkasz wieczorem na powiślu.

5. no taki standardowy zestaw na wyjazd
na obozie się nie było? czyste majteczki i tiszert uprany coby nie śmierdzieć bardziej niż powietrze.

zwei. nastawienie do podróży (czy ja kurwa lubię poziomki?)

nie daj się zwieść kutasom, którzy ci mówili, że stolica to całkiem fajna sprawa. że nie zadupie, że centra handlowe, że parki, że europejska kultura, że coś teges. no warszawa to dziura jak każda inna, więc nie jedziesz do holyłudu proszę ja ciebie, tylko do miasta jedziesz. nie zobaczysz tu fajerwerków bardziej kolorowych czy pomników obsranych jakimś dostojniejszym ptasim gównem. jedziesz po prostu fog of war sobie rozjaśnić. (powód dla którego tu jedziesz jest enigmatyczny nadal, na twoim miejscu nadal siedziałbym na dupie, bo kraków to bardzo fajne miasto jest, na chuj ci warszawa)

drei. must-sees

jak wysiądziesz na dworcu centralnym, to już tu masz wszystko, co najciekawsze. na wprost złote tarasy, na prawo pałac kultury. ot, wszystko warte zobaczenia. chyba że chcesz przejść się iście europejskim deptakiem, to idź kurwa na nowy świat. za pałacem kultury i dalej. efekty uboczne to załadowany drobnomieszczaństwem starbucks i zajebana wylansowanymi małolatami bez muzgó chmielna straße. są też jakieś drobne pierdy, ale jak już ci się znudzi, to dzwoń do mnie, zabiorę cię na kawę do szczotek. pogadamy sobie, a nie jakieś pedalskie zwiedzanie.

vier. ludzie

warszawiacy będą dumni, butni, będą spoglądać na ciebie z pogardą, będą na ciebie pluli, klęli i darli się, że nie mają dla ciebie pieniędzy. krótka charakterystyka, a przekazuje całą prawdę.

fünf. czego nie robić

1. nie mów, skąd jesteś. miejscowi poczują się gorsi i zaczną cię obrażać.
2. nie wyjmuj rzeczy osobistych w miejscu publicznym. zakładam, że chcesz wrócić do domu z dokumentami.
3. nie korzystaj z toalet w centrach handlowych. chcesz żyć, zapewniam cię.
4. nie jedź na prawą stronę wisły. out there be monsters.
5. nie słuchaj głośno muzyki w tramwaju. nie to miasto.
6. nie zbliżaj się do starego miasta jeśli nie lubisz zakazanych piosenek
7. nie rozmawiaj z wietnamczykami. zaufaj mi.

(...) zakładam że już ci się nie chce przyjechać (...) schade. zadzwoń.

hani.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

LADY GAGA - THE FAME MONSTER (recenzja)

kiedyś musi nadejść ten dzień, kiedy ideały sięgną bruku. kiedy wielcy ludzie wpadają do rynsztoku. kiedy znakomite umysły tracą wyobraźnię. kiedy królowie babrzą się w gównie. kiedy Hani sięgnie po płytę Lady Gagi.

Lady Gaga to postać, która na początku kariery wydawała mi się gwiazdką jednego przeboju pokroju kanału Viva Polska - myślałem, o głupi, że rzeczone Just Dance po prostu przeminie w natłoku hiciorów lata i zimą 2009/2010 Gaga będzie równie ciekawa co Agrobiznes. how wrong can one be?
dosłownie wszędzie, gdzie nie spojrzysz tam Stefani Germanotta (tak! ona tak się nazywa!) wystawia swój natapirowany łeb, by po raz kolejny zaśpiewać ci czule do ucha "PO PO PO POKER FACE PO PO POKER FACE", zmorę słuchaczy prawdziwej muzyki. niestety, 2009 rok należał do Lady. każda stacja telewizyjna i radiowa srała pod siebie ze szczęścia, puszczając coraz to nowe kawałki od Gagi. aż w końcu Gaga stwierdziła, że jej album The Fame nie wystarczy, aby zapełnić nasze mózgi w 2010, więc postanowiła wypuścić zbiór kawałków, które nie zmieściły się na The Fame nowy album - THE FAME MONSTER.
ponoć The Fame Monster ima się tematów paranoi, jakie dotknęły biedną Lady Gagę podczas trasy koncertowej The Fame Ball 2009, czyli "potwory" - poza tytułowym potworem sławy jest też potwór miłości (a jakże), seksu, alkoholu, śmierci, samotności - no spoko, fajnie. tylko że ja w całym tym cudownym zbiorze o zawrotnej zawartości (aż 8 kawałków! świat i ludzie) słyszę jedynie słowa podporządkowane rytmowi, by dobrze się podśpiewywało, gibiąc się na boki. no i oczywiście żeby wpadało w ucho - bo to jest cały cel muzyki Lady Gagi. ma wpadać w ucho. ma siedzieć w głowie. ma być zapamiętane. jebać jakąś lirykę, sens - byleby się sprzedawało. oto pop XXI wieku, panie i panowie - Radio ESKA, Viva Polska i wszystkie dyskoteki w kraju.
no ale ale, wracając do albumu - zaczyna się, przyznam, nieźle, kawałkiem Bad Romance. kawałek jest do posłuchania, ale jedyny tego powód jest zbyt oczywisty, by zaklasyfikować to jako dobry utwór. a po każdym przesłuchaniu mam wyrzuty sumienia, choć ten kawałek przewyższa resztę płyty o głowę, ramiona i tors. czyli dalej jest jeszcze gorzej. następne utwory - Alejandro, Monster i Speechless są zdecydowanie o robieniu loda na stojąco i siedząco o miłości, a nie o potworach. Gaga, czyżbyś pierdoliła od rzeczy? gdzie te twoje paranoje? ja tam słyszę tylko te onomatopeje, które ona na siłę wpycha w każdy utwór, aby zaczepiło się potencjalnego słuchacza. a potwory to ona chyba ma przy stole w domu, przy obiedzie. szczególnie denny z tej trójki jest stylizowany na latino love song Alejandro. zero głębi, zero duszy, zero melodii, jedynie jęki i wycie. gdzie jest mój Bóg? czemu widzi i nie grzmi?
następnie pojawia się drugi jaśniejszy punkt albumu, Dance in the Dark. choć nie dorasta do pięt Bad Romance, to nadal nieco lepszy od otoczenia. takie pierdu śmierdu z plumkaniem w tle. raz w życiu można usłyszeć i zapomnieć. o kolejnych kawałkach - Telephone (z gościnnym udziałem Beyoncé - jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego) i So Happy I Could Die - szkoda gadać. kawał gówna i kawałem gówna pogadania. no i na zakończenie ostatni highlight, Teeth. można i nogą potupać sobie, o.
no to podsumowując - albumem ciężko to nazwać, bo krótkie toto i niejasne w wymowie, a i wygląda/brzmi jak talerz resztek z dania głównego. ale można mieć nadzieję, że Gaga pójdzie po rozum do głowy i nagra coś, co nareszcie da się słuchać. a nie ra ra a a a rama ramama gaga ulala ładziaba rałmans jakieś.

ocena końcowa - 3.8/10

hani.

środa, 13 stycznia 2010

zapamiętaj datę

bo to najgorszy dzień

wtorek, 12 stycznia 2010

na niezbędnych terenach, na trudnych gruntach

gdy poruszasz się z prędkością tobie właściwą poprzez twoje otoczenie, nie wynika z tego żadna zmiana oddziaływań. jakbyś nie istniał. jakbyś był pustym szkiełkiem, co to wśród kosztowności niknieje nijakością, blednie tanio, zanika stopniowo.

gdy do kroku dostąpisz szybciej i prędkość wyższą wrzucisz, to choć wiatr smaga czuprynę i ciepły oddech tlenu cię po nozdrzach pieści, to otoczenie zanika, kolory się rozmywają mimo płukania i obróbki w systemie Technicolor, jakby martwa natura zachlapana rozpuszczalnikiem rzucona przed siebie nieopatrznie.

gdy prędkość zmniejszysz i kroku zwolnisz, to jedyne co ci pozostaje, to paszcza lwa.

rozkminiając powyższy tryptyk praw fizyki parafilozoficznej nie rozgarniam sam wszystkich aspektów procesu zmiany prędkości. pozostaje dla mnie iluzją przyspieszenie kroku, którego obawiam się jak samego szatana (boję się diabła, ja pierdolę. naprawdę) - po co kiedykolwiek zmieniać wszystko na szybsze, na talerzu, na już, na teraz, na wczoraj? jakby nigdy nic nie było ważne, jakby moment obecny warty był przeskoczenia, przewinięcia. choć zwolnienie kroku może wydawać się atrakcyjną alternatywą, by chłonąć okolicę mocniej i szybciej, to tak w rzeczywistości nie jest, bo gdy wszyscy wokół już dawno na przedzie, to na tyłach, kroczek po kroczku drobiąc jak gejsza, nie pozostaje już nic. tylko ty.

a więc idę, jednostajnie, równomiernie. raz, dwa. pięta, palec, pięta, palec. choć niejednokrotnie kusi by przystać, popatrzeć, i pomyśleć sobie o tym, z jaką szybkością zrobię następny krok.

hani.

sobota, 9 stycznia 2010

PARNASSUS


 panie i panowie... niesamowite Imaginarium doktora Parnassusa.

choć wiem, że obiecywałem mniej recenzji, to nie mogę się powstrzymać.

choć od miesięcy jak dziecko wyczekiwałem na The Imaginarium of Doctor Parnassus (nie wspomnę o polskim tytule, sam w sobie jest spoilerem - co za żal, polscy tłumacze od paru lat failują coraz częściej i coraz bardziej epicko...), to do kina wybierałem się z niepokojem, może nawet i lekkim strachem. film ten zdecydowanie spolaryzował międzynarodową krytykę, choć z przewagą dla opinii niepochlebnych i zdecydowanie negatywnych. martwiło mnie to, parę razy po drodze do kina nawet bawiłem się myślą, by wrócić do domu. a jeśli ten film JEST słaby? nie chcę psuć sobie wyobrażenia o Gilliamie jako o genialnym twórcy, którego każdy film jest wielkim dziełem, co niektóre to arcydzieła - jedna wpadka zrujnowałaby całe to umiłowanie i ten podziw. ale na szczęście...

anonimowe, brytyjskie miasto. wieczór. z klubu nocnego wychodzi kilka osób, wszyscy nawaleni w trzy dupy. nagle przed nimi rozstawia się objazdowy cyrk żywcem wyjęty z czasów Królowej Wiktorii, nazywający siebie Imaginarium Doktora Parnassusa (ten kontrast współczesności z bajkową przeszłością jest w filmie bardzo silnym elementem). jeden z imprezowiczów siłą wbija się na scenę, po czym przechodzi przez "magiczne" lustro z błyszczącej folii - i już znajduje się w fantastycznym świecie wyobraźni (jakkolwiek wypaczonej przez alkohol)...
choć wydaje się to sztuczką, tak nie jest - doktor Parnassus (Christopher Plummer) jest nieśmiertelnym mnichem, zdolnym wprowadzić człowieka w świat wykreowany przez jego marzenia i pragnienia. jego nieśmiertelność okupiona jest jednak układem, zawartym z samym Szatanem (genialny Tom Waits), który co i rusz proponuje Parnassusowi coraz to nowe zakłady. a życie trupy doktora Parnassusa - młodego iluzjonisty Antona, karła Percy'ego i córki Parnassusa, nieletniej jeszcze Valentiny - może nie zmienia się, ale na pewno ubarwia się, gdy znajdują wiszącego na sznurze pod mostem bezimiennego człowieka w białym garniturze (ostatnia i jedna z lepszych ról - mówiącego z brytyjskim akcentem! - Heatha Ledgera), w dodatku obarczonego amnezją, który po pewnym czasie dołącza do trupy. po pewnym czasie między nim a Valentiną rozkwita piękne i jakże zajebiście romantyczne uczucie...

co i jak się w historii życia bohaterów dzieje dowiadujemy się stopniowo, co początkowo daje spore uczucie zagubienia w fabule. na szczęście z każdą sceną wiemy, rozumiemy i chłoniemy coraz to więcej, a przy końcowych minutach już pozostaje nam tylko być fragmentem widowiska, rozbuchanego i niesamowicie magicznego. widać, że ten film miał pomysł, a wyobraźnia reżysera jeszcze go nie zawodzi - świat wyobraźni w tytułowym Imaginarium doktora Parnassusa to wizualne majstersztyki, czarujące pięknem i szkaradnością odrzucające jednocześnie - tak niesamowicie fantastyczne, że zapierają dech. w technologii 3D ten film mnóstwo by zyskał na warstwie technicznej, choć odciągałoby to może widzów od zawiłej nieco fabuły, więc chyba dobrze jest jak jest.
w sferze fabularnej Gilliam świadomie operuje kliszami, ocierając się co i rusz o banał i kicz - ten film sam w sobie jest objazdowym cyrkiem, świecącym się jaskrawo i migoczącym, ale i mistycznym, niejasnym, dziwnym. słowem - pokaz dziwadeł. ale dzięki temu scenariusz mimo wszystko nie jest schematyczny - jest za to wyjątkowo interesującą, zgrabną opowieścią, która nam się nie nudzi i nie tonie w bagnie współczesnego, zgranego pisarstwa.
ważną kwestią pozostającą nam już na koniec jest śmierć Ledgera w trakcie kręcenia i rozwiązanie tego problemu - jednak zapewniam was, umiejscowienie panów Johnny'ego Deppa, Jude'a Lawa i Colina Farrella w filmie wcale nie wydaje się sztuczne i ma sens. możecie spać spokojnie.
po seansie wyszedłem z kina ze szczęką na podłodze. film oferuje niesamowite 2 godziny magii, którą trudno zapomnieć. nadal jestem oczarowany i nie mogę wyjść z podziwu. Gilliamowi znowu się udało.

ocena końcowa: 9.1/10

hani.