poniedziałek, 18 stycznia 2010

LADY GAGA - THE FAME MONSTER (recenzja)

kiedyś musi nadejść ten dzień, kiedy ideały sięgną bruku. kiedy wielcy ludzie wpadają do rynsztoku. kiedy znakomite umysły tracą wyobraźnię. kiedy królowie babrzą się w gównie. kiedy Hani sięgnie po płytę Lady Gagi.

Lady Gaga to postać, która na początku kariery wydawała mi się gwiazdką jednego przeboju pokroju kanału Viva Polska - myślałem, o głupi, że rzeczone Just Dance po prostu przeminie w natłoku hiciorów lata i zimą 2009/2010 Gaga będzie równie ciekawa co Agrobiznes. how wrong can one be?
dosłownie wszędzie, gdzie nie spojrzysz tam Stefani Germanotta (tak! ona tak się nazywa!) wystawia swój natapirowany łeb, by po raz kolejny zaśpiewać ci czule do ucha "PO PO PO POKER FACE PO PO POKER FACE", zmorę słuchaczy prawdziwej muzyki. niestety, 2009 rok należał do Lady. każda stacja telewizyjna i radiowa srała pod siebie ze szczęścia, puszczając coraz to nowe kawałki od Gagi. aż w końcu Gaga stwierdziła, że jej album The Fame nie wystarczy, aby zapełnić nasze mózgi w 2010, więc postanowiła wypuścić zbiór kawałków, które nie zmieściły się na The Fame nowy album - THE FAME MONSTER.
ponoć The Fame Monster ima się tematów paranoi, jakie dotknęły biedną Lady Gagę podczas trasy koncertowej The Fame Ball 2009, czyli "potwory" - poza tytułowym potworem sławy jest też potwór miłości (a jakże), seksu, alkoholu, śmierci, samotności - no spoko, fajnie. tylko że ja w całym tym cudownym zbiorze o zawrotnej zawartości (aż 8 kawałków! świat i ludzie) słyszę jedynie słowa podporządkowane rytmowi, by dobrze się podśpiewywało, gibiąc się na boki. no i oczywiście żeby wpadało w ucho - bo to jest cały cel muzyki Lady Gagi. ma wpadać w ucho. ma siedzieć w głowie. ma być zapamiętane. jebać jakąś lirykę, sens - byleby się sprzedawało. oto pop XXI wieku, panie i panowie - Radio ESKA, Viva Polska i wszystkie dyskoteki w kraju.
no ale ale, wracając do albumu - zaczyna się, przyznam, nieźle, kawałkiem Bad Romance. kawałek jest do posłuchania, ale jedyny tego powód jest zbyt oczywisty, by zaklasyfikować to jako dobry utwór. a po każdym przesłuchaniu mam wyrzuty sumienia, choć ten kawałek przewyższa resztę płyty o głowę, ramiona i tors. czyli dalej jest jeszcze gorzej. następne utwory - Alejandro, Monster i Speechless są zdecydowanie o robieniu loda na stojąco i siedząco o miłości, a nie o potworach. Gaga, czyżbyś pierdoliła od rzeczy? gdzie te twoje paranoje? ja tam słyszę tylko te onomatopeje, które ona na siłę wpycha w każdy utwór, aby zaczepiło się potencjalnego słuchacza. a potwory to ona chyba ma przy stole w domu, przy obiedzie. szczególnie denny z tej trójki jest stylizowany na latino love song Alejandro. zero głębi, zero duszy, zero melodii, jedynie jęki i wycie. gdzie jest mój Bóg? czemu widzi i nie grzmi?
następnie pojawia się drugi jaśniejszy punkt albumu, Dance in the Dark. choć nie dorasta do pięt Bad Romance, to nadal nieco lepszy od otoczenia. takie pierdu śmierdu z plumkaniem w tle. raz w życiu można usłyszeć i zapomnieć. o kolejnych kawałkach - Telephone (z gościnnym udziałem Beyoncé - jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego) i So Happy I Could Die - szkoda gadać. kawał gówna i kawałem gówna pogadania. no i na zakończenie ostatni highlight, Teeth. można i nogą potupać sobie, o.
no to podsumowując - albumem ciężko to nazwać, bo krótkie toto i niejasne w wymowie, a i wygląda/brzmi jak talerz resztek z dania głównego. ale można mieć nadzieję, że Gaga pójdzie po rozum do głowy i nagra coś, co nareszcie da się słuchać. a nie ra ra a a a rama ramama gaga ulala ładziaba rałmans jakieś.

ocena końcowa

7 (komentarze):

Anonimowy pisze...

ale ma penisa, prosze o TYM nie zapominac!

Mugatu pisze...

Faktycznie ta płyta jest sredniawa. Ale i tak ją lubię, paszkwila malego <3

Piąty Bitels pisze...

Nie no, jeszcze gorszy niż rama, rama, ma, gaga, ula, la jest tragikomiczny moment z językiem francuskim. To jest dopiero festiwal żenady.

A przecież refren Paparazzi to całkiem jako taka sprawa, ja nie wiem, potencjału starczyło tylko na momenty?

messer hani pisze...

owszem, momenty. to ratowało Gagę z niejednej opresji. ale nadal będę utrzymywał że Gaga to popłuczyny muzyki.

a co do francuskiego fragmentu to niepokojąco zbliża mi się to z pewnym utworem brytyjskiego zespołu na M, co to inspiracjami Queen nie gardzi.

walashnikov pisze...

Podoba mi się twój styl. Fajnie się to czyta. Może dlatego że w zupełności się z tym zgadzam... :o

Mikoskay pisze...

Poraz kolejny odgrzebię suchara, tak na wypadek, gdybyś nie widział jeszcze: http://www.youtube.com/watch?v=NM51qOpwcIM

Anonimowy pisze...

I tak Lady Gaga sięgnęła Queen. To jest takie absurdalne, że aż fajne :D

Prześlij komentarz